
Dorastałam na wsi, na terenach dawnej Galicji, dzieląc codzienność z moją prababcią. To właśnie tam, między cichym skrzypaniem podłogi a gdakaniem kur, słuchałam opowieści, które dziś brzmią jak fragmenty innego świata. Historie o ciężkiej pracy od najmłodszych lat, o biedzie, ale też o niezwykłej sile i zaradności.
Z genealogią zawsze było mi blisko, losy przodków nie są dla mnie abstrakcją, lecz czymś żywym, obecnym w rodzinnych wspomnieniach. Opowieści prababć i babć towarzyszyły mi od zawsze, dlatego temat książki Wiejskie dzieci od razu wydał mi się wyjątkowo bliski. To nie jest dla mnie tylko historia, to echo znanych głosów, doświadczeń i emocji, które w pewien sposób nadal we mnie rezonują.

Autorka zabiera czytelnika na polską wieś przełomu XIX i XX wieku – świat, w którym dzieci nie miały czasu na bycie dziećmi. Od pierwszych stron czuć ciężar tej rzeczywistości: obowiązki, praca ponad siły, lęk przed głodem i chorobami. Najbardziej uderza mnie to, jak naturalne było wtedy traktowanie najmłodszych jak „małych dorosłych”. Nie ma tu miejsca na idealizowanie przeszłości – i dobrze. Dzięki temu ta książka jest tak autentyczna.
To jednak nie jest jedna zamknięta historia. Wręcz przeciwnie, autorka wyraźnie pokazuje, że nie istniało jedno uniwersalne dzieciństwo na wsi. Inaczej wyglądało życie dzieci w rodzinie zamożniejszego gospodarza, a inaczej w rodzinie fornala. Ta różnorodność bardzo do mnie przemawia, bo daje poczucie, że patrzę na coś prawdziwego, a nie na uproszczony obraz.



Fabuła, jeśli w ogóle można tak to nazwać, nie opiera się na jednej osi wydarzeń. To raczej zbiór obrazów, scen i doświadczeń, które razem tworzą spójną opowieść. Szczególnie zapadły mi w pamięć fragmenty dotyczące codzienności: pracy w polu, opieki nad młodszym rodzeństwem, pierwszych kontaktów ze szkołą czy sposobów spędzania wolnego czasu (o ile w ogóle można było o nim mówić). Te „zwykłe” momenty okazują się najbardziej poruszające.
Bardzo ciekawie wypadają też opisy relacji między dziećmi a dorosłymi. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy w tamtych czasach dzieci czuły się bardziej potrzebne niż kochane: i to pytanie długo za mną chodziło. Autorka nie daje jednoznacznych odpowiedzi, ale właśnie to cenię najbardziej. Ona nie ocenia, tylko pokazuje.
W pewnym momencie pojawiają się bardziej konkretne postacie: dzieci, które prowadzą przez ten świat. Dzięki nim opowieść nabiera jeszcze bardziej osobistego charakteru. W ich doświadczeniach widać zarówno trud, jak i niezwykłą dziecięcą wyobraźnię. Bo mimo wszystko, nawet w tak ciężkich warunkach, dzieci potrafiły się bawić, tworzyć własne światy z patyków, kamieni czy kawałków drewna. To było jednocześnie piękne i trochę smutne.

Ogromnym atutem książki są także zdjęcia i materiały wizualne. Złapałam się na tym, że często zatrzymuję się na dłużej, po prostu patrząc. One nie są dodatkiem, one naprawdę budują klimat tej opowieści.
Nie jest to jednak książka idealna. Momentami miałam wrażenie powtórzeń, jakby pewne wątki były wałkowane trochę za długo. Nie przeszkadzało mi to bardzo, ale bywało odczuwalne. Mimo to całość broni się zdecydowanie.
Lubię takie reportaże. To jedna z tych lektur, które najlepiej czytać powoli. Po kawałku. Z zatrzymaniem. Bo to nie jest tylko książka o przeszłości, to książka o naszych korzeniach.




ZALETY
- autentyczne i nieupiększone przedstawienie dzieciństwa na wsi;
- bogactwo szczegółów dotyczących codziennego życia;
- różnorodność perspektyw i brak uproszczeń;
- ciekawie ukazane relacje i emocje dzieci;
- wartościowe materiały źródłowe i dobre przygotowanie merytoryczne;
- świetna warstwa wizualna (zdjęcia, ilustracje);
- narracja, która skłania do refleksji i zostaje na dłużej.



INFORMACJE O KSIĄŻCE
AUTORKA: Aneta Godynia
WYDAWNICTWO: Sploty
LICZBA STRON: 488
ROK WYDANIA: 2025
KATEGORIA: reportaż
JĘZYK: polski
WIEK: 15+
SPRAWDŹ GDZIE KUPIĆ TĄ KSIĄŻKĘ W DOBREJ CENIE
Miłej lektury!
Opisywana książka jest egzemplarzem recenzenckim.
Księgarnia i wydawnictwo nie miały wpływu na moją ocenę i treść tego artykułu.
Za książkę dziękuję
