Moje przygody z angielskim w HISZPANII

 

Podczas nauki języka angielskiego w szkole, nigdy nie miałam większych problemów ze znajomością słówek, czasów czy rozwiązywaniem ćwiczeń w podręczniku. Jednak gdy przychodziło do spontanicznego komunikowania się, pojawiał się problem wynikający z blokady językowej i miałam problem z dopasowaniem odpowiedniej struktury gramatycznej do tego co akurat chciałam powiedzieć. Strasznie mnie to irytowało, bo według mnie, mówienie jest jedną z najważniejszych i najbardziej potrzebnych umiejętności w języku obcym (zwłaszcza dla kogoś, kto jest gadułą).

 

Podczas studiów pojawiła się okazja do wyjazdu na praktyki do Hiszpanii. Jako, że uważam się za osobę zaradną, stwierdziłam, że to świetna opcja i warto spróbować. Pomyślałam, że przy okazji poćwiczę angielski, spędzę jesień i kawałek zimy w nieco cieplejszym kraju i dodatkowo zwiedzę trochę świata. Dopiero będąc w samolocie do Madrytu, uświadomiłam sobie, że moja nieznajomość hiszpańskiego będzie nieco problematyczna. Jakoś wcześniej o tym kompletnie nie pomyślałam, że mogę mieć spore trudności nie tylko w dogadaniu się z pierwszą lepszą osobą spotkaną na ulicy, ale także podczas uczenia! W polskiej szkole gdy zauważę, że uczniowie czegoś nie łapią, zawsze mogę wspomóc się językiem ojczystym, a tam? A w Hiszpanii? Jak ja to ogarnę? Jak wytłumaczę coś uczniom używając TYLKO angielskiego?

 

Pierwszy dni pobytu za granicą były dość specyficzne, bo w każdej sytuacji musiałam używać tylko języka angielskiego. Przestawienie się na myślenie, mówienie, słuchanie po angielsku, a także przywyknięcie do hiszpańskiego akcentu zajęło mi kilka dni. Pierwszy tydzień w szkole wielojęzykowej w Catarroji przeznaczony był na zaadoptowanie się tam, poznanie innych nauczycieli, uczniów, a także na obserwowanie przebiegu WSZYSTKICH zajęć jakie tylko były możliwe.

 

 

Pierwsza możliwość uczenia nastąpiła jeszcze w tym samym tygodniu, gdy Pani ucząca religii zaproponowała, abym opowiedziała dzieciom przypowieść, która miała być tematem zajęć. Przyznam się, że nie spodziewałam się, że wyjeżdżając w celu uczenia angielskiego przyjdzie mi też uczyć religii i to praktycznie bez wcześniejszego przygotowania się z danego tematu 😀 Oj co ja się nagimnastykowałam żeby przypomnieć sobie przypowieść o szukaniu zagubionej owieczki, a później opowiedzenie jej dzieciom z 2 klasy, tak aby było to dla nich interesujące, ale przede wszystkim zrozumiałe 😀

 

Następną okazję uczenia miałam podczas lekcji matematyki, gdy moja opiekun Ruth tłumaczyła swojej klasie w jaki sposób rozwiązuje się zadania z jedną niewiadomą. Swoją drogą było to bardzo ciekawe, obserwować jak tłumaczy to bez użycia grafów, do których w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni. Podczas przerwy rozmawiałyśmy na ten temat i Ruth stwierdziła żebym pokazała to naszej klasie. Wyszła z tego kolejna spontaniczna lekcja – nieangielskiego po angielsku, której nigdy nie spodziewałam się prowadzić 😀

 

Później, ustaliłyśmy już plan działania na następny tydzień i zaczęłam uczyć u Ruth “normalnego” angielskiego oraz prowadziłam niektóre zajęcia z matematyki i przyrody. Przypadło mi także uczenie plastyki (pierwszy raz równie niespodziewany), wuefu i religii. Na szczęście nie musiałam uczyć muzyki – na tym polu poległabym całkowicie, gdyż kompletnie nie umiem śpiewać.

 

 

Cały ten wyjazd był dla mnie niezwykle ważny pod względem językowym. Zwiększyła się moja pewność siebie, bariera językowa całkowicie zniknęła oraz zwiększył się mój zasób słownictwa. Bezpośrednio po powrocie do kraju, stwierdziłam, że nigdy wcześniej nie mówiłam po angielsku tak dobrze i naturalnie. Bardzo wiele mi to dało i polecam każdemu takie długie wyjazdy za granicę a jeśli nie ma się takiej możliwości to skorzystanie z wyjazdu na kursy językowe za granicą. Myślę, że będzie do dla kogoś równie wartościowe jak dla mnie.

 

A czy Ty, miałeś jakieś śmieszne i niespodziewane przygody językowe, podczas pobytu za granicą? Daj znać w komentarzu ponieważ jestem bardzo ciekawa Twoich przeżyć!